Forma formą... I co dalej?

   Tak. Dziś po długich tygodniach w Instytucie Warszawa wróciłam do domu! To, gdzie wchodzę do domu bez niczyjej pomocy i przyrządów i pokonuje każdy próg bez trudności: uczucie bezcenne! Jeszcze parę tygodni temu ledwo trzymałam równowagę na nogach. Konieczna była pomoc przy każdym kroku. Chodzik, o kulach nie wspomnę, gdyż ich nawet nie mogłam utrzymać w dłoniach. I jeszcze ten nieszczęsny wózek inwalidzki.

Teraz tego praktycznie nie ma. I nie będzie. To będzie tylko wspomnieniem. Do tego czasu chcę być zawzięta. Znam granicę wytrzymałości. W ten sposób będę mogła powiedzieć sobie wprost: "Dziś odpuszczam. Pomogę sobie wózkiem inwalidzkim." Za parę dni przyjdzie kolejny przełom w moim leczeniu. Pozbywam się kolejnych skutków ubocznych po tych wszystkich eksperymentach leczniczych. Odzyskam całkowicie ostrość widzenia! Odzyskam wolność, niezależność, lekkość i pewność siebie. Na te dni czekałam tyle lat. Rehabilitacja w ostatnich tygodniach była bardzo intensywna. Powodowała u mnie też spadki nastroju. Lecz teraz ruch i aktywność fizyczna weszła mi w krew. Nie wyobrażam sobie teraz dnia chociażby bez półgodzinnego rozciągania bądź prostych ćwiczeń, które dają mi moc na dzień lub kilka dni. No dobra, jest super jest spoko. I co dalej?






Leczenie ciągle trwa. Są w końcu szanse, że od nowego roku zmieniam status z w szpitalu na w poradni. Zakończą się długie, wielodniowe pobyty na oddziałach. Skończą się ciągłe wkłucia, częste napromieniowania itp. Wchodzę w etap leczenia stałego bez żadnych kombinacji i testów. Etap wchodzenia w remisję choroby. Największe marzenie każdego pacjenta chorującego na choroby autoimmunologiczne.

Zachwytu ze strony lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów, psychologów a zwłaszcza rodziny nie ma końca. Mega sprawa, ale jak teraz wrócić do funkcjonowania bez bólu bez tego wszystkiego. Dla mnie to nowy etap i  ponowna nauka funkcjonowania. Teraz stoję przed dużą niewiadomą. Co z codziennymi obowiązkami, co z pracą i co teraz z relacjami międzyludzkimi. Ciągle się zastanawiam nad tym, czy moja psychika obciążona traumatycznymi zdarzeniami, które znam z opowieści to udźwignie. Niby przeszłam piekło w ostatnich latach. Ale czy to wejście w świat od nowa nie będzie większym piekłem? Czas chyba to pokaże. Na razie jestem zbyt dużej euforii i radości. Wdycham tę wolność z powietrza. Z mojego domu. Z mojej największej oazy. I nie tym razem z łóżka, tylko z ogrodu. Świat stał się dla mnie czymś pięknym i wartościowym. Także chwytajcie każdy dzień. "Carpe diem".






Komentarze

Prześlij komentarz